Słońce i strzałka kierująca energię do budynku

Autokonsumpcja energii: jak pomiar i sterowanie poborem podnoszą udział własnego prądu

Fotowoltaika produkuje najwięcej w środku dnia, a większość gospodarstw i firm zużywa najwięcej rano i wieczorem. Cała gra o opłacalność instalacji sprowadza się do jednego pytania: ile z wyprodukowanego prądu uda się zużyć u siebie, zamiast oddawać do sieci i odkupywać drożej.

Dlaczego to się liczy bardziej niż kiedyś

W rozliczeniu, w którym energię oddaną sprzedaje się po jednej cenie, a pobraną kupuje po innej — wyższej, bo z dystrybucją — każda kilowatogodzina zużyta bezpośrednio jest warta wyraźnie więcej niż ta sama kilowatogodzina wysłana do sieci. Podniesienie autokonsumpcji z 30 do 60 procent potrafi zmienić okres zwrotu instalacji bardziej niż dołożenie do niej kolejnych paneli.

I co ważne: to podniesienie zwykle nie wymaga kupowania magazynu energii. Wymaga wiedzy, kiedy jest nadwyżka, i przesunięcia poborów na ten moment.

Krok pierwszy: zobaczyć nadwyżkę

Bez pomiaru wszystko jest zgadywaniem. Falownik pokazuje produkcję, ale to za mało — potrzebna jest bieżąca różnica między produkcją a poborem, najlepiej z podziałem na fazy. Licznik z komunikacją Modbus wpięty przy rozdzielnicy podaje tę wartość co kilka sekund i to on jest sercem całego układu.

Warto od razu opomiarować także największe odbiory osobno: pompę ciepła, zasobnik ciepłej wody, ładowarkę samochodu. Bez tego nie da się rozstrzygnąć, co właściwie zjadło nadwyżkę.

Krok drugi: przesunąć to, co da się przesunąć

Nie każdy pobór da się przenieść w czasie, ale te największe zwykle tak — i to one decydują o wyniku:

  • Ciepła woda użytkowa — zasobnik to najtańszy magazyn energii, jaki istnieje. Grzanie w godzinach nadwyżki zamiast wieczorem nie kosztuje nic poza zmianą harmonogramu.
  • Pompa ciepła — podniesienie temperatury bufora w słoneczne popołudnie pozwala jej mniej pracować wieczorem, gdy prąd trzeba już kupić.
  • Ładowanie samochodu — sterowane nadwyżką, z mocą podążającą za produkcją, zamiast pełną mocą po powrocie do domu.
  • Procesy w firmie — sprężarka, suszarka, chłodnia z dużą bezwładnością. Przesunięcie o dwie godziny bywa niezauważalne w produkcji, a widoczne na rachunku.

Krok trzeci: sterować tak, żeby nie zniszczyć sprzętu

Tu popełnia się najwięcej błędów. Reguła „jest nadwyżka, włącz pompę” napisana wprost skończy się tym, że przy przelatujących chmurach urządzenie będzie się załączać i wyłączać co minutę. Skróci to jego żywotność szybciej, niż zdąży się zwrócić oszczędność.

Potrzebne są: histereza, minimalny czas pracy i minimalna przerwa, uśrednianie pomiaru z kilku minut zamiast reagowania na chwilowe skoki, oraz priorytety — najpierw ciepła woda, potem bufor, na końcu to, co może poczekać. To jest ta część, która odróżnia działający układ od efektownej demonstracji.

Czego nie robić

Nie warto gonić za każdą watogodziną. Sterowanie, które wymaga od domowników albo pracowników uwagi, przestaje działać po dwóch tygodniach. Dobre rozwiązanie jest niewidoczne: ludzie robią swoje, a instalacja sama przesuwa to, co da się przesunąć, i nie odzywa się, dopóki nie stanie się coś nietypowego.

Nie warto też zaczynać od magazynu energii. Najpierw pomiar i przesunięcie poborów — dopiero gdy to wyczerpie możliwości, rozmowa o magazynie ma sens i opiera się na liczbach zamiast na obietnicach.

Od czego zacząć

Od licznika przy rozdzielnicy i miesiąca danych. Potem widać czarno na białym, ile nadwyżki ucieka do sieci i w jakich godzinach — a to już wystarcza, żeby policzyć, co się opłaca przesunąć. Możemy taki pomiar uruchomić i pokazać wynik na wykresach.

Podobne wpisy